Artystka, która potrafiła wydobyć artystę z drugiego człowieka i czasem z tego powodu nosiła koronę na głowie.
W pierwszym odcinku nowej serii podcastu, poświęconej kobietom Nowej Huty, o Ziucie czyli Józefie Sobór-Kruczek opowiadają jej rodzina i przyjaciele. Katarzyna Kobylarczyk gości Katarzynę Szadkowską, Małgorzatę Kruczek, Elżbietę Borysławską i Marka Czeremańskiego.
Transkrypcja nagrania:
Marek Czeremański
Łoo matko, takie małe zdjęcie. Ahaa, no tak. [śmiech]
Koninki?[śmiech]
No cóż, kurde. A to jest ona też tu?
Katarzyna Kobylarczyk
Tak, tu jest młodsza.
Marek Czeremański
Młoda? Tak. Takiego zdjęcia to nie widziałem.
Katarzyna Kobylarczyk
Nazywam się Katarzyna Kobylarczyk. Jestem reporterką i dla Nowohuckiego Archiwum Społecznego Ośrodka Kultury Norwida oraz dla Państwa, zbieram opowieści o Nowej Hucie.
Jakiś czas temu wertując kroniki Zakładowego Domu Kultury Huty imienia Lenina, trafiłam na
pewne zdjęcie. Jest na nim artystka, Józefa Sobór-Kruczek, a na głowie ma [pauza] koronę.
Elżbieta Borysławska
I co ma?
Katarzyna Kobylarczyk
Koronę na głowie.
Elżbieta Borysławska
Hmm, wcale mnie nie dziwi. Mogła mieć koronę na głowie, jako królowa tych wszystkich
wydarzeń. Czemu nie?
Katarzyna Kobylarczyk
Poprosiłam rodzinę i przyjaciół Józefy Sobór-Kruczek, by opowiedzieli mi o jej życiu i pracy.
Powstał dzięki temu podcast „Ziuta”, który prezentujemy Państwu w Nowohuckim
Archiwum Społecznym, rozpoczynając nowy cykl „Nowohucianki”.
[odgłos kroków i skrzypienia drewnianej podłogi]
Katarzyna Szadkowska
No więc tak. Tutaj była ta część sypialniana, czyli tutaj się znajdowały łóżka i duża część prac jeszcze takich właśnie niezagospodarowanych, głównie dziadka. Ja tak troszkę to starałam się tutaj dziadka prace wyeksponować, na górze ojca. Babcia… babci obrazy i trzy prace te z
materiału - tkaniny - są w tym mniejszym pokoju. Moje prace są w przedpokoju [śmiech].
Katarzyna Kobylarczyk
Znajdujemy się w Nowej Hucie na osiedlu Centrum D, w bloku zwanym „helikopterem”.
Do rodzinnej pracowni państwa Kruczków zaprosiły nas Małgorzata Kruczek i Katarzyna Szadkowska, synowa i wnuczka Józefy Sobór-Kruczek.
Katarzyna Szadkowska
Babcia była kobietą, która z rodziny właśnie bez tradycji takich artystycznych postanowiła pójść na akademię. A potem przez całe życie utrzymywała się z twórczości, z uczenia ale związanego ze sztuką. Nie było to takie łatwe wcale. Zwłaszcza kiedy się pojawiło dziecko, jakieś perypetie rodzinne. A mimo to, to życie cały czas, ta twórczość była dla niej najważniejsza i po prostu zupełnie bezkompromisowo żyła w ten sposób.
Małgorzata Kruczek
Oni prowadzili taki ten teatrzyk, ja to pamiętam z dzieciństwa. Ten teatrzyk taki „Widzimisie” chyba to się nazywało. No i wiem, że tam była i to ja mogłam się tam z nią spotkać po raz pierwszy [śmiech].
To chyba była „Żywa woda” [ tytuł jednego z przedstawień teatrzyku] albo coś takiego. Jakiś tam żołnierzyk chodził. Wiem, że się okropnie baliśmy przez to. Jakiś żołnierz biegał [śmiech]. Nie pamiętam dokładnie jak to się nazywało, bo byłam mała, ale pamiętam atmosferę, która tam panowała. No to po prostu, ale to jak dzieci zawsze tak samo: podpowiadały, ostrzegały w ogóle, pełna współpraca. Wszystkie dzieci krzyczały “uważaj”!
Później pracowała… wiem, że prowadziła takie ognisko plastyczne i spotkałam ją
właśnie w tym ognisku plastycznym, bo ja tam zaczęłam chodzić.
[odgłos kroków i skrzypienia drewnianej podłogi]
Katarzyna Kobylarczyk
Była pracownia.
Elżbieta Borysławska
Pracownia była na Willowym, tam w latach chyba siedemdziesiątych, nie wiem w
których, ale powstały tam wieżowce. Bo jak wiemy, Wandy i Willowe to są najstarsza osiedla, w Hucie i to są jeszcze z cegły zrobione. Natomiast tam są takie trzy wieżowce i one są z płyty żelbetowej. Potem są już ogródki działkowe, a potem już jest ten kombinat wielki hutniczy,
prawda? I to były takie trzy jedenastopiętrowce i we wszystkich trzech wieżowcach, na jedenastym piętrze były pracownie plastyczne.
I w pierwszym wiem, że był jakiś rzeźbiarz, nie pamiętam już w tej chwili nazwiska. W drugim był malarz Leszek Wolski, może nawet jest do tej pory, nie wiem. A w tym środkowym była właśnie pani Józefa. No tam miała swoją pracownię, a obok była już ta pracownia ośrodka kultury.
Katarzyna Kobylarczyk
O opowieść o Józefie Sobór-Kruczek poprosiłam także Elżbietę Borysławską. Malarkę, graficzkę i pedagożkę sztuki.
Elżbieta Borysławska
Ja jeszcze byłam w ogóle chyba niepełnoletnia, jeszcze byłam w liceum i wymyśliłam sobie, że jednak będę się zajmować sztuką. Tu mi powiedziano, że są takie pracownie malarskie, no i że tym się zajmuje pani Sobór-Kruczek. Taką edukacją bardziej, nie? No ludzie przychodzą, ona po prostu zajmuje się, jest to takie koło plastyczne czy coś w tym stylu, taki klub. Dużo ludzi młodych skupiała Józefa. Właściwie mówiło się Ziuta, więc w ogóle dla bliskich to była Ziuta. Józefa to było w dokumentach.
No i takie, taka szkoła była, nie? Węgiel, martwa natura, rysowanie, chyba z dwa, trzy razy w tygodniu, potem trzy godziny, to było dość sporo. No i pracowaliśmy.
Marek Czeremański
Proszę pani, to było tak. No ja do pracowni pani Kruczek, właśnie tam w tym wieżowcu wybierałem się już dużo, dużo wcześniej, to były lata siedemdziesiąte i tam miałem coś narysować. Ja byłem pracownikiem fizycznym, proszę pani, na kombinacie. Później byłem, bo skończyłem technikum, zdałem maturę i dostałem się do biura technicznego. No i w biurze technicznym pracowałem jako technik.
Wszedłem po południu, któryś dzień, dostałem kartkę, otrzymałem kartkę od pani Kruczek, ołóweczek i proszę coś narysować. I zacząłem dziubać, wie pani, to nerwy czy coś [śmiech], ale robiłem to w sposób taki nieporadny, że samego mnie zniechęcało.W domu inaczej to robiłem. Zrobiłem tego szkicu tam powiedzmy połowę, resztę już nie skończyłem, bo to już zaczęli wszyscy wychodzić, bo tam było parę osób. No i powiedziałem, że już muszę iść. Martwa natura to była.
Katarzyna Kobylarczyk
Po tym wydarzeniu Marek Czeremański, dziś artysta, malarz, dopiero po kilku miesiącach odważył się wrócić do ogniska plastycznego Józefy Sobór-Kruczek.
Marek Czeremański
Ja później to już chodziłem co miesiąc tam, nawet co dwa tygodnie goniłem do tej
pracowni ile wlezie. Bo wie pani, jak jest tak fajnie, cieplutko i herbatka zawsze, kurde, od razu jak się przychodziło, bo na jedną godzinę się umawialiśmy. No to pierwsze co, to wstawię tam, kurde, wodę, chlaas, już, kurde, herbata. To tamto jakieś ciasteczka wyciąga, paluszki bo to
najtańsze, to chlaas , paluszków pełno zawsze było i śmiechu przy tym niesamowicie.
No i uczyła wszystkiego od podstaw. Klej stolarski. Nauczysz się teraz jak robić grunt. Dobra. Później po kleju stolarskim - polinit. No bo to były jeszcze te stare takie farby, to była emulsja biała. Od podstaw wszystkiego dokładnie nauczyła. Robienia krosna, robienia ramki całej tej, jak uciąć, jak to wszystko i tak dalej. Uczyła też zespołowej pracy przy tym. To nie było tak, że
każdy robił sobie dla siebie, i nie obchodziło mnie tam w ogóle, co robi Elka czy tam ktoś jeszcze, prawda? Tylko razem, ty przytrzymaj, ona będzie trzymać, ty tnij, później razem to składacie i tak dalej i tak dalej. Dobra, nie ma sprawy już tam ten. No i tak było.
Elżbieta Borysławska
No więc między sobą się przyjaźniliśmy, no i z Ziutą się przyjaźniliśmy. I na przykład pamiętam Stefana Kota, on też w tej chwili już nie żyje. Piękne takie z takim rozmachem vangoghowskim obrazy. A pracował no nie wiem, na jakimś wydziale hutniczym z jakimś łomotem, hukiem i tak dalej. Piękna praca. I tam mnóstwo było takich ludzi.
Stanisław Sieradzki, z takim zapędem z kolei do scenograficznych działań. Bo on odtwarzał no genialne w ogóle rekwizyty. Nadawałyby się do teatru.
Pamiętam też zwykłych całkiem ludzi, którzy byli w tym kombinacie - właśnie w tym łomocie gdzieś na tych suwnicach i gdzieś tam. A na przykład potem przychodzili i malowali.
Pan Kukiełka, pamiętam, bardzo drobny człowiek niewielkiego wzrostu. Właściwie taki trochę jak u Rousseau, tak idealnie tym pędzelkiem, niewielkie formaciki, ale tak idealnie potrafił sobie tam wygłaskać też niesamowite.
No i co tu dużo mówić, raz, dwa, trzy.. noo z pięć osób co najmniej poszło na studia.
No więc na pewno jej duch był w tym wszystkim bardzo ważny.
Marek Czeremański
Jaka była subtelna ta kobita, to mówię pani. Nie mówiła za dużo, ale mówiła w takich miejscach na pracy, na obrazie, wie pani, gdzie widziała, że coś nie gra, ale tylko słówko tam coś nie coś powiedziała. Ja: “aha”. I mówiła: "Odchodź często od tego. Nie stój tak blisko, bo się kurde oczy ci popsują". No to pracownia duża, to ja odchodziłem. Jak popatrzyłem z daleka - tylko co to jest?
Dawaj. I to co ona mi najczęściej właśnie tam zwracała uwagę, to poprawiałem. Wie pani no te obrazki coraz lepsze były. To była kobieta, która miała sposób na każdego człowieka, każdego artystę. Myśmy się liczyli jako artyści, no nie profesjonalni, prawda? Ale artyści. U każdego wydobyła z niego to, co umiał pokazać na obrazie, bo to jest jednak sztuka.
Katarzyna Szadkowska
To co? Może byśmy zobaczyły te tkaniny babci, tkaniny i malarstwo.
Barbara Solecka
Ooo, jest trochę tych tkanin.
Katarzyna Szadkowska
Jest, jest. Właśnie bardzo się cieszymy, że jest ich tak dużo.
Małgorzata Kruczek
Ona malowała sama, jak była sama. Jak ktoś u niej był, ona była towarzyska i
ona brała udział wtedy w rozmowach. Natomiast robiła to wszystko albo na plenerach - to wtedy. No ja byłam to na dwóch tych plenerach, ale wtedy to były raczej, wtedy nie malowali. Natomiast ja nie widziałam nigdy, przy mnie nie malowała.
Katarzyna Szadkowska
Ja ten obraz babci mam taki, jako takiej artystki żyjącej życiem artystycznym. Bo pani zapytała, czy pedagogicznym, czy artystycznym. Babcia była taką artystką 24 godziny na dobę. I na przykład jak się mną zajmowała, bo były na przykład ferie, to bardzo często polegało to na tym, że byłyśmy właśnie w centrum kultury. Wieczorem wernisaże się odbywały. Więc ja na tych wernisażach w zasadzie spędziłam pół dzieciństwa i znałam wszystkich. Bo oni wszyscy też w tym towarzystwie się obracali, też na na tych wernisażach bywali swoich wzajemnie. Ja tam po prostu z babcią dużo czasu spędzałam. Natomiast w domu u babci pracownia była cała zawieszona babci obrazami, tkaninami, wszędzie stały farby. Wszystko to, jakby to życie i twórczość i tworzenie i proces artystyczny się przeplatały.
Małgorzata Kruczek
Pracowała jako nauczyciel, ale to była praca jej. Natomiast ona cały czas tworzyła różne rzeczy już, że się tak wyrażę po godzinach pracy, to ona malowała i i tam te tkaniny sobie projektowała, jakieś różne rzeczy robiła. A poza tym była, udzielała się towarzysko. Taka była bardzo osobą kontaktową mocno.
Katarzyna Szadkowska
Raz w tygodniu, spotykała się z koleżankami, prowadziła w związku z tym takie bardzo regularne, towarzyskie życie. Myślę, że dużo współczesnych kobiet sobie nie daje takiego przyzwolenia na to, żeby tak regularnie, jakby towarzysko tylko wychodzić, będąc matką na przykład.
Małgorzata Kruczek
Od skończenia studiów co tydzień się spotykały.
Elżbieta Borysławska
Taki tercet był sławny. Ada, Maryna, no i Zuta. I wiadomo, wszyscy wiedzieliśmy, że one tam trzy spotykają się u “Zalipianek”. To wiem, że u “Zalipianek” były najczęściej, i pilnowały sobie tego. Jakiś tam jeden dzień w tygodniu miały, czwartek czy jakiś inny, i tam właśnie umawiały się na kawę i tam sobie plotkowały, gadały, wspierały się.
Katarzyna Kobylarczyk
Pierwsza odeszła Maryna.
Elżbieta Borysławska
Pierwsza odeszła Maryna, potem Ziuta i potem Ada. Ale to trwało no kilkadziesiąt lat tej przyjaźni. No ceniła sobie ludzi. Z nią się piekło ciasta na święta, pierogi się lepiło. Bardzo lubiła takie spotkania, gdzie właśnie na pierogi zapraszała. Tam kilkaset tych pierogów.
Czasem nawet kilka osób lepiliśmy te pierogi. Bardzo na przykład ceniła sobie przyjaźnie te jeszcze z lat młodości, tam ze studiów.
Marek Czeremański
To był ciągły dym. Ziutka paliła masę, kawa za kawą, pakowała w siebie ile wlazło.
Ona trzymała papierosa, ten papieros się palił, ona rozmawiała, machnęła może raz, ale non stop. Ona niesamowity palacz, to jedno. Kawa albo herbata, sikiery, wszystko to pamiętam, że tą herbatkę to ona kurde czaj zawsze piła taki [śmiech]. I siedziała sobie w tym foteliku, bo miała tam taki fotelik, ławka była jedna, druga, długi taki stół drewniany w pracowni. Zawsze jakieś ciasteczko. No i prawda z gwizdkiem czajnik, żeby też no nie zrobić kłopotu. No i atmosfera była przesuperowa. To pamiętam, że te papierosy, mój Boże, ile ona paliła papierochów. Dwie paczki ponad pakowała w siebie, niesamowicie dużo.
[śmiech] Te miny takie fajne robiła zawsze, poza tym nosiła okulary bardzo mocne. Matko święta, śmiali się ludzie z tego też niektórzy. Kiedyś tam coś tam słyszałem, że denka od butelek, bo to tak było śmiesznie wtedy trochę, to miała takie okulary. Bidna, bidna była z tym. Ona później słabo widziała. To te obrazki, jak malowała, pokazywała mi jeden obrazek tam u siebie.
Kiedyś trafiłem akurat w pracowni. Ciepło było jak cholera wtedy. Pamiętam zresztą tam u góry jeszcze pod tym dachem to jej tam grzało ile wleje, no to widziałem jej obrazek był taki za mgłą jakby, ale piękne.
Elżbieta Borysławska
Miała kłopoty z oczami. Jak ja przybyłam do tego ośrodka i gdzieś wkroczyliśmy sobie wszyscy w swoje życie, to już ten etap tkaninowy był zamknięty. Może dwa razy widziałam ją przy tkaninie jak coś robiła. Generalnie skarżyła się na to, że nie może za długo przy tej maszynie siedzieć, bo to była na potężna wada wzroku, to było tam ileś dioptrii.
Generalnie była też bardzo dobra z grafiki. Bardzo fajne miała ciekawe te linoryty, grafiki. Natomiast no nie zachowały się. Bo no nie wiem, jakiś pomysł miała dziwny, nie wiem, ja to nazywam samozagłady, że no skasowała, zresetowała. Pamiętam, że jak przyszła i mi powiedziała, że wszystkie prace wyrzuciła, to no nie mogłam uwierzyć.
Katarzyna Kobylarczyk
W jednej z kronik ośrodka kultury, Zakładowego Domu Kultury jest zdjęcie Józefy i ona tam jest w koronie na głowie.
Elżbieta Borysławska
To znaczy z plenerów w ogóle pamiętam tą koronę. To mieliśmy sobie różni na głowie. Bo z plenerów na przykład, jak się bawiliśmy razem, mieliśmy jakąś wspólną kolację, opowiadało się różne rzeczy, opowiadało się też jakieś takie no, takie teatralne też występy. No więc
to wcale mnie nie dziwi, mogła mieć koronę na głowie, jako królowa tych wszystkich wydarzeń. Czemu nie. Ale też pamiętam, że na jakimś plenerze też nosiliśmy te korony na głowie. Tam z różnych tam powodów. Bawiliśmy się po prostu też. Jakkolwiek korona, no jest też wyrazem uznania, prawda? Więc ona nie była tak nakierowana na siebie. O “ja”, wielkie “ja”, “tworzę wielką sztukę”. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Ona tworzyła od serca. Na to się z przyjemnością po latach patrzy. No bo to po prostu jest ta energia, tego takiego zachwytu nad światem. Tam gdzie była, to stworzyła takie warunki, podzieliła się sobą, nie? Pokazała też swoje, no bo to też trzeba się odkryć, prawda? No widać jakie obrazy są. Więc to nie jest właśnie teoria. To jest takie bycie prawdziwym i autentycznym.
Marek Czeremański
No wie pani, jak wracam pamięcią do tych rzeczy, do tych wszystkich przeżyć. No to były przecudowne. One mi, kurde, dawały maksimum radości, proszę pani. Natomiast jeśli chodzi o sprawę korony, to ja tego zupełnie nie pamiętam.
Katarzyna Kobylarczyk
Podcastu “Ziuta” wysłuchali Państwo w cyklu “Nowohucianki”, Nowohuckiego Archiwum Społecznego Ośrodka Kultury Norwida.
Realizacja dźwięku Przemysław Niemczewski.
Redakcja Barbara Pasterak.
O Ziucie, czyli Józefie Sobór-Kruczek opowiedzieli państwu Katarzyna Szadkowska, Małgorzata Kruczek, Elżbieta Borysławska i Marek Czeremański.
Podcast przygotowała i dziękuje Państwu za uwagę - Katarzyna Kobylarczyk.
























